Czytam sobie "Boga urojonego" Richarda Dawkinsa i nie podoba mi się ta książka. Aż nieprzyjemnie się robi, gdy pomyślę, że Dawkins w swoich pracach naukowych też mógł być tak krótkowzroczny (a raczej narrow-minded, klapkowzroczny). Pokrótce wypiszę najważniejsze sprawy:
Dawkings krytykuje religie (nie jedną religię, ale właśnie wszystkie). Tymczasem religia religii nie równa, a i sama definicja jest rozmyta. Czy buddyzm to religia? W opinii wielu - tak. Krytyka Dawkinsa praktycznie nie dotyczy buddyzmu, bo w buddyzmie Boga nie ma. Przynajmniej takiego Boga (Szefa, Stwórcy, Zbawcy) jak w religiach o genezie bliskowschodniej (chrześcijaństwo, islam). W buddyzmie nie ma urojonego boga, bo nie o boga i jemu-poddaństwo chodzi, lecz o wyzwolenie się z cierpienia i to wyłącznie dzięki własnej pracy. Albo taki taoizm, ten filozoficzny: jeśli to religia (a podobno tak), to znowu jakaś taka religia poza krytyką Dawkinsa. Albo, z drugiego końca, satanizm: ten rozumiany nowocześnie jako filozofia indywidualizm i hedonizmu. Niby religia, a w swej "uwalniającej od duchowych mrzonek" filozofii niemalże bliska głównemu przesłaniu Dawkinsa.
Teraz poważniejszy zarzut: odrzucając całkowicie religię i ludzkie przekonania o obecności Boga, bogów, istot wyższych itd. można, na zasadzie "dziecka z kąpielą" odrzucić te obszary doświadczeń psychicznych, które nie mieszczą się w ramach psychologii. Człowiek jest istotą obdarzoną duchowością, chociaż nie każdy miewa stany wizyjne, nie każdy rozmawia z duchami czy Matkami Boskami (tak piszę, bo jest doświadczanych takich istot wiele i w różnych religiach). Tak samo nie każdy wyciśnie na ławeczce 120 kg, nie każdy pojmie dynamikę nieliniową, nie każdy pisze wiersze. Jak Dawkins mówi: "udowodnij mi, że Bóg istnieje", to ja mówię: "wyjaśnij mojemu psu plątaniny homokliniczne w równaniach różniczkowych". Jeśli obie strony dyskusji nie są wyposażone w odpowiednią i podobnie działającą aparaturę umysłową (lub odpowiednio wytrenowaną), to dyskusja nie ma sensu. Ktoś kiedyś powiedział: pisać o muzyce to jak tańczyć o architekturze. Naukowe dowodzenie spraw niedowodliwych to właśnie takie tańczenie o architekturze.
Jeśli ktoś twierdzi, że doświadcza zjawisk z obszaru duchowości, w tym kontaktu z Bogiem, a jest osobą z innych względów godną zaufania i nie wykazującą dysfunkcji psychicznych, to sensownie jest założyć, że rzeczywiście ma takie doświadczenia. Nie jesteśmy w stanie zbadać takich doświadczeń, bo występują one w "granicy weryfikacyjnej", na poziomie świadomości i samoświadomości (tak jak nie sposób zbadać, jak odczuwasz kolor zielony).
Wydaje się, że metoda naukowa nie jest metodą absolutną i nie wystarcza do pełnego opisu świata (to już nawet twierdzenie Godla pozwala takie wnioski wysnuwać). W tym więc Dawkins myli się zupełnie. A że krytykuje religie, zwłaszcza monoteistyczne rozumiane jako organizmy społeczne, to zupełnie inna sprawa. Trudno zmierzyć wartość wielkich ruchów religijnych, nie sposób ustalić czy dają więcej dobrego czy złego, bo i wedle jakiej miary?
W jednym mogę się z Dawkinsem zgodzić: z potępieniem fundamentalizmu, rozumianego jako uznawanie pewnych tez za niepoddające się krytyce i z założenia lepsze od innych, jedynie słuszne. Jednak: religia to nie to samo co fundamentalizm! Słusznie walczy Dawkins z poglądami, że pewne prawdy są święte, dlatego, że są święte, a jeśli kto dowiedzie, że są błędne, to tym gorzej dla niego. Słusznie Dawkins walczy o znajomość i uznanie dla teorii ewolucji, przeciwstawiając się tym kretynom, którzy twierdzą, że kości dinozaurów Bóg podłożył dla wypróbowania czyjejś wiary. Nie oznacza to jednak, że wszelkie przejawy religijności czy duchowości należy wyciąć w pień.
Jeszcze o dowodzeniu: próba dowiedzenia metodą naukową istnienia bądź nieistnienia Boga jest skazana na porażkę. Skoro nie ma dobrego naukowego określenia Boga, to nie można jego istnienia dowodzić lub nie. To jak z wiarą w krasnoludki lub Mikołaja (tego od prezentów). Jednak wiara w Mikołaja ginie, gdy skonfrontować ją z faktami (bo łatwo sprawdzić, że to rodzice kupują prezenty), podobnie z wiarą w krasnoludki, jeśli te mają robić coś konkretnego (np. sprzątać okruszki, bo to robią myszy). Bóg natomiast może robić coś, może nie robić, może tez oszukiwać i zwodzić. Każdy aspekt świata można uznać za dowód za lub przeciw Bogu.

Książka i jej tytuł jest nieporozumieniem. Podobnie jak treść
dyskusji jaką wywołuje. Kwestia Boga nie jest zależna od poziomu
intelektualnego czy wiedzy osoby wierzącej albo niewierzącej.
Dawkins dobiera argumentacje ludzi, którzy nie potrafią właściwie
uzasadniać swoich poglądów. Książka jest więc konfrontacją między
typowym naukowcem - ateistą, a specjalnie przez niego samego
wybranymi, wygodnymi do zwalczenia poglądami. Prezentuje spotkanie
rozumu i głupoty. Podobnie mógłby zrobić każdy wykształcony
wierzący, dobierając np. poglądy lub ich realizację przez np.
komunistów w ZSRR. Tam wiara w Boga na pewno nie była
uprzywilejowana. Wiara jest jedną z form reakcji - odpowiedzi na
zagadkę naszego istnienia na Świecie. Nauka nie daje wyczerpującej
odpwiedzi, a ateizm jest też tylko jedną z nich. Nie gwarantuje
wolności myślenia, gdyż taką wolność może obudzić dana jednostka w
sobie. Wymaga to pracy intelektualnej, wyobraźni i ogromnej
tolerancji. Książka Dawkinsa nie jest jej świadectwem. Szkoda, że
tak doskonały naukowiec ewolucjonista zajmuje się problemami
filozoficznymi do których nie jest przygotowany. Rozumiem jego
zniecierpliwienie przekornymi poglądami antyewolucjonistów ale
starając się z nimi dyskutować przeholował i wpadł w zastawioną
przez nich pułapkę.
witam:) cieszy mnie że ktoś doszedł do podobnych wniosków jak ja po przeczytaniu "boga urojonego". w logice dawkinsa również znalazłem "dziury" które sprawiły że książka nie zmieniła moich poglądów lub stosunku do otaczających mnie zjawisk. Do przykładów które są wymienione w Twojej notatce dorzuciłbym jeszcze pare innych, np: poświęcenie całego rozdziału(jeżeli dobrze pamiętam) prawdopodobieństwu i nieprawdopodobieństwu istnienia boga. Bardzo rozdrażniło mnie że autor nie spróbował nawet przybliżyć tego prawdopodobieństwa, jak również hipokryzja(w 7-stopniowej skali nie zaklasyfikował się jako absolutny ateista, a pomimo to próbuje wszystkich na około przekonać że jakiegokolwiek boga nie ma). Najlepszym paradoksem jaki stworzył dawkins było dla mnie stwierdzenie że innej formy życia we wszechświecie nie możemy udowodnić bo jest to obarczone zbyt wielkim błędem w spekulacji, a targnął się na rzeczywistość duchową o której nie ma pojęcia. Zdenerwował mnie również fragment poświęcony głównie genetyce który został skwitowany stwierdzeniem "dlatego prawie na pewno nie ma boga" (w sprawach biologii jestem laikiem i nie nadązałem często za argumentacją wiec jeżeli się myle odnośnie tego to przepraszam).
Co do próby udowodnienia nieistnienia boga jakiej podjął się dawkins mam podobny pogląd jak twoj, szczególnie podoba mi się twoje nawiązanie do muzyki i architektury:) samo istnienie naszego wszechświata wydaje się być absurdem, więc próba analizy jego powstania za pomocą jedynie nauki która skupia się bardziej na sprawach materialnych wydaje się być działaniem mocno ograniczonym.
Działania jakie podjał dawkins przez swoją książke, jak również inni, mniej wykształceni ateiści, którzy wykorzystują wnioski swoich mistrzów tylko po to aby obrażać innych, wydają mi się być uznaniem priorytetu pewnych wartości(nauki) i ograniczeniem bardzo rozbudowanej natury człowieka. Określiłbym tą sytuacje cytatem "nawet najbardziej racjonalne poglądy mogą być niebezpieczne w rękach nieracjonalnych ludzi". Przykładem jest strona na której ludzie wrzucają filmiki na których nie tylko deklarują ateizm, ale również drą książki(najczęściej biblie) i obrażają ludzi wierzących, jakby szacunek okazywany drugiemu człowiekowi nie należał do wymaganych przez ateizm wartości. Nie mam tutaj nic przeciwko ateizmowi(moja dziewczyna jest ateistką) i nauczyłem się szanować ten pogląd jak każdy inny, bo jego też dotyczy wpis w konstytucji o wolności wyznania(raczej stanowiska wobec rzeczywistości niematerialnej). Nie rozumiem tylko dlaczego ludzie mogą pojąć że najpierw są ludźmi a dopiero potem wyznawcami/niewierzącymi, filozofami, politykami... Według mnie "korzeniem wszelkiego zła" nie jest religia, tylko głupota i ignorancja:)
Pozdrawiam:)